Chcemy jeść smacznie

Niemal cały czas "Głos" zdobywał popularność o coś walcząc. To właśnie te artykuły, a nie obowiązkowe relacje z imprez partyjnych, przynosiły mu popularność. I to one, a nie te pierwsze, były czytane w domach. A że był gazetą skuteczną i chyba docenianą, niech świadczy fakt, że w 1950 r. w Klasztornej w powiecie choszczeńskim powstała spółdzielnia produkcyjna im.

Głosu Szczecińskiego.

"Głos" był kolorowy - wspominał początki nieżyjący już dziś nasz kolega redakcyjny, podróżnik i autor wielu książek Bogdan Czubasiewicz.

- Tym kolorytem marchewki z wierzchu czerwonej i białej od środka - mówił. - W porównaniu do innych partyjnych gazet był bardzo narodowy, co burzyło spokój wielu ówczesnych partyjnych bonzów. I zawsze próbowano przechytrzyć cenzurę. Chyba, że ktoś był dupkiem, bo i tacy pracowali w gazecie.

W 1947 r. opisywaliśmy pionierskie życie na "Ziemiach Odzyskanych": "70 tysięcy krów ryczy, ale mało mleka daje", "Będziemy mieć własny chleb", "Na ulicach miasta jeszcze straszą wrony - usunąć ślady pobytu Niemców", "Szczecin podejmuje bezwzględną walkę z chorobami wenerycznymi", "Trzeba wydać walkę z biurokratyzmem", "Koncerty dla świata pracy".

Dziennikarze walczyli o normalność życia na stronach mniej docenianych przez partyjnych mocodawców. Oczywiście w zakresie dozwolonym wówczas przez cenzurę. Tytuły niektórych artykułów do dziś zachowują aktualność: "Chcemy jeść smaczne i tanie obiady", "Słone ceny za słodkie owoce". Dziennikarze patrzyli na ręce innym, oceniali rzeczywistość i żądali poprawy (dziś podobne tematy goszczą na stronie "Interwencje"): "Wysokie honorarium dr Zielińskiego", "Świnoujście czeka na rozszerzenie rynku żywnościowego", "Nie ZMP-owska zabawa ZMP-owców z Motarzyna".