Były prezydent Szczecina

Marian Jurczyk stał się wrogiem tej części działaczy, dla których był niewygodny z różnych względów. Którzy mówili o zmianach, ale w kontekście własnego , prywatnego widzenia rzeczywistości, a nie interesów ogółu.

Jeszcze w 1984 r., gdy jako jeden z nielicznych nadal był więziony, namawiano go do wyjazdu za granice.

- Pojawił się u mnie Tadeusz Mazowiecki razem z profesorem Andrzejem Stelmachowskim. Było to w czasie, gdy zemdlałem i trafiłem do szpitala w Aninie. Serce. Zapowiedział ich oficer śledczy Janas, który przesłuchiwał mnie w więzieniu na Rakowieckiej. Zapowiedział, że odwiedzą mnie doradcy Solidarności. Do dziś nie wiem, po co Mazowieckiemu towarzyszył profesor, który nic nie mówił, a tylko Tadeusz. Namawiał mnie na wyjazd z kraju, co ponoć zostało uzgodnione z komunistami, a nawet ONZ. Nic z tego nie rozumiałem. Miałem tylko podpisać zobowiązanie, że zaprzestanę działalności związkowej. Twierdził, że moja osoba jest główną przeszkodą w zawarciu porozumienia Solidarności z komunistami. Nie zgodziłem się.

Wrócił do Szczecina i od razu odczuł pustkę wokół siebie.

- Już w 1985 r. docierały do nas sygnały, że jest grupa określonych ludzi w szeregach Solidarności, której trzeba się będzie jakoś ... - Grzegorz Durski, wieloletni działacz Solidarności milknie, by po chwili kontynuować: - Może nie pozbyć, bo to brzydko kojarzące się słowo, ale przynajmniej w jakiś sposób zneutralizować. Głównie chodziło o Mariana, który przy swoich poglądach i niechęci do wchodzenia w układy, stał się niewygodny. Na początku jednak nie można tak było go wycofać z obiegu. Byliśmy uważani przez Wałęsę do 1988 r. Zaproponował nam wówczas, że zajmować będziemy się sprawami socjalnymi, a później nagle zmienił zdanie. Pierwsze pismo, które napisał w sprawie zarządzania regionem, wskazywało na Mariana. A wkrótce po tym dowiadujemy się, że już nie Marian, a Andrzej Milczanowski.

część druga tutaj